Telefonica płynie do Ushuaia

Telefonica od kilku dni płynie wolniej. Dziś podano oficjalną informację o awarii i konieczności wejścia do portu. / Fot. Diego Fructuoso/Team Telefonica/Volvo Ocean Race

 

No i kolejna awaria – Telefonica jedzie do Ushuaia żeby naprawić uszkodzenie dziobu. Wygląda na to, że z jednej strony mamy super zdjęcia i filmy, ale z drugiej jachty nieprzystosowane do warunków na Oceanie Południowym. W dotychczasowych edycjach tych regat były z reguły dwa etapy po tych wodach – z Afryki do Australii/NZ i potem drugi przez Horn. To wymagało mocnej konstrukcji łódki, bo w sumie ok. 13tys. Mm czyli ponad ⅓ trasy po trudnych wodach. Teraz najwyraźniej konstruktorzy odpuścili…
Telefonica po dwukrotnym upadku z fali miała problemy, które dziś oficjalnie zostały nazwane: delaminacja dziobu. (Moja „Babcia” opłynęła świat 3 razy zamykając pętlę, ma 21 lat i wielu rzeczy mógłbym się spodziewać, ale delaminacji chyba jednak nie).

Iker Martinez mówi, że naprawa uszkodzenia w porcie to sprawa banalna. Mam nadzieję, że taka się faktycznie okaże, ale Ushuaia to port niedaleko Rio Gallegos, gdzie od stycznia stoi polski katamaran Gemini 3, więc mam mieszane uczucia. Sir Robin Knox-Johnston z którym kiedyś rozmawiałem na temat tego portu absolutnie go nie polecał.

Sanya: ster awaryjny zamontowany przez załogę po awarii "zwykłego". Zdjęcie z portu Tauranga, NZ / Fot. Gareth Cooke/Volvo Ocean Race

 

Tymczasem Sanya dopłynęła do portu w Tauranga – we czwartek pakują łódkę na statek i płyną do Savannah, gdzie powinni dotrzeć … 27 kwietnia, po prawie miesiącu (!). Potem naprawa i start In-Port Race w Miami 19 maja. Wyjątkowy pech, ale też jasny komunikat, że współczesne jachty, aby nawiązać walkę, muszą być tej samej generacji. Inaczej – bez szans.

 

Sternik w kamizelce ratunkowej. W takich warunkach nie ma żartów. /Fot. Yann Riou/Groupama Sailing Team/Volvo Ocean Race

 

 

A z pokładu Groupamy donoszą, że to bardziej survival niż racing i zdejmują nogę z gazu. Poza tym jeden z ich sterników w Itajai będzie musiał iść do lekarza – dwukrotnie uszkodził sobie ramię i w tej chwili nie jest w stanie sterować. Jedyne, co może robić, to obsługiwać talię grota, co jak twierdzi jest nudne na czterogodzinnej wachcie, ale i tak lepsze od leżenia w koi i nie robienia nic.

 

Ocean Południowy, jak każdy inny, ale znacznie szybciej, bezlitośnie weryfikuje wszystkie słabości. Z sześciu jachtów do mety płyną dwa.

Bez awarii płyną już tylko Groupama i Puma / www.volvooceanrace.com